Nie tak dawno temu dokonałam wiekopomnego (a właściwie - wekopomnego) odkrycia: znalazłam mały warzywniczek niedaleko od domu. Ucieszyło mnie to bardzo, bo warzywa z marketu są po prostu z marketu. I trochę z papieru wymieszanego z trocinami. A w małym osiedlowym przybyteczku wszystko na elegancko. No i jest tam też Pan. Pan z Warzywniaka. Nikt tak nie opowiada o selerze i kiszonych ogóreczkach. Godnych Nobla, notabene. Pokojowego. Tylko dzięki nim nikt nie zginął z rąk wygłodniałej i złej Julii.
Każde wyjście do tej świątyni witaminek jest wyjątkową przygodą. Ostatnio trafiłam tam czując się jak Odyseusz. 2 godziny powrotu z pracy to absolutny rekord. Niech ktoś mi wytłumaczy logicznie i jasno, czemu wybrałam autobus mimo, że miałam tramwaj pod sam dom. Tym niemniej, wylądowałam w bezpośrednim sąsiedztwie warzywniaka. Postanowiłam pójść więc po pietruszkę i odrobinę dobrego nastroju. Na miejscu dowiedziałam się o Ogórkowej Wojnie. Nie wiem jak mogłam wieść beztroskie i spokojne życie, podczas gdy tak blisko rozgrywał się prawdziwy dramat.
A mianowicie, rzut kamieniem od mej spokojnej enklawy, toczyła się wielotygodniowa batalia z panem dystrybutorem ogóreczków, żeby kisił nie te największe, tylko nieco mniejsze, bo klienci pytają. Poza tym, mniejsze ogóraski wychodzą twardsze i co prawda trzeba się bardziej namachać przy pakowaniu, ale nie powstaje z nich taka miękka ciapaja z dziurą w środku, więc nadają się na kanapkę (dobrze, proszę mi dorzucić jeszcze jednego). Po wielu namowach i próbach perswazji, pan dystrybutor finalnie zgodził się wziąć pod uwagę zaprezentowane mu żądania konsumentów. I złośliwie, jak sam przyznał, do beczki spakował same najmniejsze mikrusy. Teraz to dopiero trzeba się namachać. Ale nie zmienia to faktu, że są pyszne. Na kanapeczkę.
